Linkowanie wewnętrzne – co warto wiedzieć

Linkowanie wewnętrzne (z ang. internal linking) to bardzo ważny komponent układanki pt. “dobre, skuteczne SEO i optymalizacja”. Jak się więc za nie zabrać, tak aby miało to ręce, nogi i skutek? I na co zwrócić uwagę aby bawiąc się w plątaninę linków zapewnić stronie jak najlepsze efekty? Zaznaczę od razu, że temat ten jest obszerny…

Content is king? Czy jednak bezkrólewie?

Gdy zaczynałam tango z szeroko pojętą branżą marketingu internetowego, szumny slogan “Content is king” był czymś czym często dostawałam po gałkach. Bez wątpienia slogan to zacny. Idealny wręcz do umieszczenia na kubeczku z kawą, piękną czcionką z artystycznym kleksem na końcu. Dobry content jawi się jako istny mocarz. Po pewnym czasie nurkowania w temacie, doszłam jednak do wniosku, że hasło to jest mocno okrojone, przez co dla wielu może być mylące.

Zaznaczę, że zdaję sobie sprawę iż w worku podpisanym “Content marketing” są kartofle różnego rodzaju. Natomiast jakem skryba, skupię się na tekstach. Na artykułach, wpisach, opisach do kategorii – czyli polach wypełnionych pisemnym contentem, unikalnym, z założenia wręcz królewskim, literacko smakowitym , ale jednak nie przynoszącym zamierzonego efektu. Dlaczego?

Jak stworzyć dobry content

Słowo pisane ma dla mnie większą wartość niż mówione. Potwierdzi to ten, kto wiódł ze mną zajmującą pogawędkę przez Messenger, a następnie przy spotkaniu twarzą w twarz zdruzgotał się, bo nijak nie szło. Z miłością zanurzę się w dobry tekst, wgryzę się w wartościowy content, sęk w tym, że aby to zrobić … muszę go znaleźć. A jak mam to zrobić skoro przepadł w czeluściach internetu niczym kolczyk w odpływie umywalki?

Wartościowy merytorycznie artykuł, czy nawet takowy opis kategorii jest miodzio. Natomiast aby ów content naprawdę przywdział koronę, mega tekst, wychuchane literki i wypielęgnowane zdania nie wystarczą. Optymalizacja treści nie brzmi romantycznie. Brzmi metalicznie i chropowato. Pomimo to ona może się okazać napojem energetycznym dla Twojego contentu.

Klątwa wiedzy, a SEO

Z pojęciem “klątwa wiedzy”spotkałam się ostatnio dwukrotnie.  Za pierwszym razem w książce autorstwa Joanny Wryczy-Bekier “Magia słów”  o której mowa była w ostatnim wpisie. (btw – polecam ją copywriterom i wszelkim osobom pracującym z tekstami).  Autorka opisała sytuację jaka miała miejsce na prowadzonych przez nią warsztatach pisania tekstów internetowych. Wykład zaczęła od tematyki SEO , opowiadając, że można pisać zarówno dla ludzi i wyszukiwarek. Na sam koniec bardzo rozległego i bogatego w wiedzę z zakresu optymalizacji stron www wykładu padło nieśmiałe pytanie z sali które niemal zbiło z nóg prowadzącą “Ale co to jest SEO?” Autorka była tak za pan brat z tematyką SEO, że założyła iż wszyscy zebrani doskonale wiedzą co to jest. I bardzo się zdziwiła. Za drugim razem natknęłam się na opis owej przypadłości w książce “Piękny styl” autorstwa Steven’a Pinker’a.

Na czym polega klątwa wiedzy?

Gdy wiedza z danej dziedziny jest dla nas łatwostrawna i dostępna na codzień, możemy odnieść mylne wrażenie, że dla innych również. Cóż, gdy już posiądziemy wiedzę z danego zakresu, ciężko nam sobie przypomnieć jak wiele odcieni zieleni mieliśmy w tej dziedzinie kiedyś i mamy trudności aby wczuć w rolę osoby która dopiero po tę wiedzę sięga. Niby mówimy w tym samym języku, ale jednak się nie rozumiemy. Klątwa wiedzy to płodna matka wielu nieporozumień.